Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żający się z chwilą każdą wyraźniejszy trzask i łomot gałęzi, tupot nóg i chrapliwe poryki.
Przebiegł polanę i zaczaił się w krzakach zaciskając w ręku siekierę.
Wkrótce z gąszczu wypadł jakiś chłopak, bez czapki, w podartym ubraniu, wyjący z przerażenia. Pędził jak szalony, nie oglądając się i nic przed sobą nie widząc. O kilkanaście kroków za nim, do czarnego, toczącego się kamienia podobny, biegł duży niedźwiedź brunatny. Małe ślepie błyskały mu wściekle, szczerzył straszliwe kły i jeżył sierść na karku. Przebiegłszy kilka kroków zwierz stanął na tylnych łapach, gotowy do napadu, lecz po chwili przekonawszy się, że ofiara odbiegła daleko, pomknął znów za nią.
Lis od razu zrozumiał zamiary niedźwiedzia.
Mury drapieżnik chciał przeciąć drogę uciekającemu chłopakowi, zapędzając go na bagnisko, porosłe sitowiem.
Szybko i cicho przedarłszy się przez krzaki Lis stanął na ich skraju i podniósł siekierę w potężnym zamachu.
Nie pomylił się.
Kosmaty napastnik biegł szybko w jego stronę, a gdy na chwilę zatrzymał się i przystanął, aby obejrzeć okolicę, Lis spuścił mu na czaszkę ostrze siekiery odwalając łeb i wybijając stal w ramię niedźwiedzia.
Zwierz runął bez życia, a Lis jął wołać na uciekającego. Nic już nie słysząc, nieprzytomny z przerażenia chłopak, gnał jak wicher, aż zniknął wkrótce w tajdze.
Zakończywszy robotę Polak umocował belki na osi o dwóch kołach i poganiając drobnego, kosmatego, lecz bardzo silnego konika, wyciągnął drzewo z lasu. Wyjechawszy na drogę ruszył w stronę osady.
Zastał tam wielkie poruszenie.
Ludność osiedla otaczała chłopaka, który drżącym głosem opowiadał, że napadł go znienacka niedźwiedź i gonił