Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Żona Rodionowa spoglądała wokół zdumionym wzrokiem i wreszcie spytała:
— Gdzież tu zbrodnia? Za cóż taka ciężka kara?
— Mój mąż odznaczył się jako bohater! — wtrąciła z dumą żona zesłańca.
— Bohaterów przysyłać na Syberię, jak pospolitych złoczyńców, tego jeszcze nie bywało! — zauważył Rodionow z obawą patrząc na urzędnika.
Ten potoczył dokoła ponurym wzrokiem i odparł suchym głosem:
— Taki rozkaz przyszedł ze stolicy... Nie nasza w tym głowa...
— No, pewno, że tak! — zgodził się kupiec. — Przepraszamy za skromną kolację, pokoje są już przygotowane. Czas udać się na spoczynek! Z Bogiem!
W domu Rodionowa wkrótce zgasły łojowe świeczki i cisza zapanowała w małych izdebkach dalekiej i nędznej siedziby ludzkiej nad brzegiem północnej rzeki.
Psy, spuszczone z łańcucha, poszczekiwały odpowiadając na odgłosy, dopływające z tajgi. Całe osiedle, zdawało się, było pogrążone we śnie.
Tylko w chacie wójta, starego, dziobatego Pyragi, przy tlejącym ognisku siedział sam gospodarz, a przed nim łowiec Wotkuł.
— „Urus“ mówił mi — szeptał wójt — że ten człowiek nie jest „urusem“ i że został skazany za to, że bronił swego kraju przed „urusami“.
— Dobry, snadź, i sprawiedliwy człowiek — mruknął Wotkuł.
— Kazał mi go strzec, aby nic uciekł z Narymu — ciągnął dalej Pyraga.
— Jak kazał, tak też i uczynisz, bo inaczej całe osiedle będzie cierpiało od „urusów“ — odezwał się łowiec.
— Dobrze mówisz! — pochwalił wójt.