Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wotkuł wstał, obciągnął na sobie bluzę, i nacisnął głębiej skórzany czepek. Skierował się już był do drzwi, aż nagle przysłanął i rzucił w przestrzeń:
— Ten przybysz — sprawiedliwy człowiek, bo „urusów“ nie lubi...
— Trzymaj język za zębami, młody! — ofuknął go wójt.
Myśliwy wzruszył ramionami i pochyliwszy głowę wyszedł z izby. Za ścianą ubogiej chaty ujadać jęły psy zwęszywszy obcego człowieka.
— Oj, harr! — krzyknął wójt.
Psy natychmiast umilkły. Nic już nie mąciło ciszy, napływającej od czarnej ściany tajgi. Czasem tylko głośniej plusnęła ryba w rzece lub jakiś głos nieznany dobiegł z kniei.
Narym spał.


ROZDZIAŁ II
WYGNAŃCY

Krótka jesień syberyjska miała się ku końcowi. Zresztą w roku 1833 nikt w całej Syberii nie uskarżał się na lato i jesień. Lato bowiem wypadło wyjątkowo pogodne i skwarne, a jesień ciągnęła się aż do połowy października. Na drobnych zagonach obrodziło żyto, na grzędach — kapusta, groch i marchew, na łąkach stanęły wysokie stogi siana, ciesząc wzrok gospodarzy, posiadających konie i bydło domowe.
W małym, liczącym wtedy zaledwie trzystu mieszkańców Narymie mówiono dużo, a jeszcze bardziej przyglądano się temu, co robi niespodziewanie przysłany do miasteczka zesłaniec polski.
Tęgi to lud — Sybiracy, wytrzymały i mocny, a jednak nawet oni nie mogli wyjść z podziwu patrząc na pracę Polaka.
Zesłaniec dostał podług prawa w przydziale szmat ziemi