Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rodzina Rodionowa, urzędnik i Polacy zasiedli przy wspólnym stole do wieczerzy. Przed nimi buchał parą błyszczący samowar, stał półmisek ze smażoną rybą, kasza gryczana, obficie polana tłuszczem, i pierogi z rybą. Gospodarze milczeli, policjant posępnie pociągał gorącą herbatę i kaszląc drapał pociętą przez bąki szyję. Polacy nie odzywali się, z rzadka zamieniając pomiędzy sobą porozumiewawcze spojrzenia.
Pierwszy rozpoczął rozmowę Rodionow:
— Przepraszam pana urzędnika — rzekł — ale niezupełnie dokładnie zrozumiałem, o co chodzi? Mówiliście, że to zbrodniarz... Cóż to? Zabił kogoś, ograbił czy podpalił?
— Nie! — odparł zanosząc się od kaszlu policjant. — Jest to oficer polski... zesłany za bunt przeciwko carowi.
— Nie rozumiem jednak... — szepnął kupiec podnosząc ramiona i pytająco patrząc na zesłańca.
Ten spojrzał na urzędnika i spytał:
— Czy mogę objaśnić gospodarzy, panie urzędniku?
Ten wciąż kaszląc skinął głową.
Młody zesłaniec rozpoczął swe opowiadanie:
— Jestem Polakiem, nazywam się Władysław Lis. Byłem ulubionym przez cesarza trębaczem. Grałem w pałacu carskim... Nie wiedziałem wtedy, że jestem Polakiem, bo byłem sierotą i wychowywano mnie w korpusie kadetów. Pewna panienka, ot ta, która jest teraz moją żoną, objaśniła mi wszystko. A gdy Polska, którą nieprawnie rozdarły i podzieliły między siebie Rosja, Austria i Niemcy, chciała uzyskać wolność, zupełnie tak, jak Rosja niegdyś usiłowała wyrwać się z niewoli tatarskiej, wstąpiłem do polskich wojsk, biłem się, zostałem ranny, a rannego schwytano mnie, sądzono i — zesłano tu... do was.
Policjant milczał i jak gdyby nie słuchał, zajęty rybą, leżącą przed nim na talerzu.