Strona:F. Mirandola - Tropy.djvu/67

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Naraz stanął. Coś pukało... pukało... cichutko, lekko... ledwo dosłyszalnie.
    Zaczął szukać.
    Wodził rękami po ścianach.
    Suwał je z góry, aż do posadzki.
    Nic.
    Szukał dalej... idą za owem nieuchwytnem pukaniem.
    Nagle zadrżał.
    Natrafił na coś miękkiego, ciepłego.
    Po chwili trzymał w dłoniach małą ptaszynę.
    Serce ptaka waliło młotem.
    Od uderzeń tych drżał cały, drżały mury więzienia, tętniła ziemia...
    Czuł, że uderzenia te mogą rozwalić ziemię.
    Albowiem był to strach.
    Porwał się biedz ku oknu, ale musiał go długo szukać. Nareszcie trafił i wsunąwszy rękę poprzez kraty otworzył dłoń.
    Rozległ się furkot skrzydeł.
    — A to było tak... — posłyszał nagle z ciemności.
    Ciemń zaczęła opowiadać.
    Przywarł do krat łakomie. Ujrzał słońce na czerni, rozświetliła się noc. Zrozumiał, że może w ciemku żyć radość.