Strona:F. Mirandola - Tropy.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

na zboczach góry, nie było nic widać i tylko paru amatorów robiło zdjęcia, reszta gości pochowała się po pokojach.
Dyrektor, kwaśny, komponował właśnie jeden z wielu, wielu już wysłanych po katastrofie listów, gdy mu lokaj dyżurny zameldował:
— Pątnik. Prosi o audyencyę natychmiast.
— Skąd przyszedł? Z dołu, czy z góry? — spytał.
— Z góry.
— Hm! Przypadek groźniejszy. Dobrze. Herbata... koniak... pokój oddział A... Prosić do mnie. Tutaj... podasz.
Lokaj znikł. Po chwili w progu gabinetu zjawił się człowiek szary jakiś, jak mgła n a dworze, ponury, o zaciśniętych wargach, ubrany w ongiś białą, pielgrzymią suknię.
Dyrektor podbiegł na powitanie.
— Aaaaaa, jakże mi miło! — począł odrazu. Pan... pan... doprawdy, że zdaje mi się... istotnie... czyżbym się mylił... z oddziału „rycerzy czystego serca“ ...wszak nie inaczej. Oooo znajdzie łaskawy pan kolegów... kilku... kilku. Właśnie dopiero wczoraj... Jakże pożałowania godnem było całe to niemiłe zajście... Ale dzięki Bogu... minęło. Co,... wszak pokoik? Już rozporządziłem. Sądzę, że oddziałek A, na począ-