Strona:F. Mirandola - Tropy.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

okrężną po mistycznym jeziorze Ekstazy. Z dnia na dzień, rzec można, powstawały też nowe oddziały, tak, iż groziło, że zabraknie dla nich liter alfabetu. Afisze pokryły mury wszystkich dworców kolejowych świata całego, akcyi nie można było dostać za podwójną nawet cenę, a o miejsca najdroższe dobijano się formalnie.
Pielgrzymka modną się stała, tylko odbywano ją teraz w tak ponętny sposób, że bardzo jeno niewielu pozostało przy dawnej lokomocyi. Dziwacy ci, wytyczyli sobie inną rutę, zdala od hotelowego liftu elektrycznego, ale widocznem było, że uczynili to jeno, by się oryginalniejszym wydać w oczach dam, bo raz po raz, któryś się zjawiał w hotelu.
Doszło do tego, że dla wygody stron obu, ponad stromą „Ścieżką Pokutników” wzniesiono rodzaj werandy, skąd się idącym przyglądały damy. Jakiś Anglik zaprowadził tu totalizatora, ale dzienniki podniosły wrzask... no... i musiano go skasować. Zakładano się więc między sobą, a nie zdaje mi się, by „Pokutnicy” widzieli w tem coś złego.
Rojno było w hotelu od pierwszych zaraz