Strona:F. Dostojewski - Bracia Karamazow cz-2.djvu/38

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    w obrazie jest coś, czego żadna kobieta przebaczyć nie może. A wiesz, coby było najlepszem?
    — Co?
    — Oddać jej trzy tysiące.
    — A zkądże je wziąć? Poczekaj, ja mam moje dwa tysiące, to ci je dam, a Iwan doda trzeci.
    — A kiedyż to nastąpi? Nie możecie przecie tak odrazu podnieść tych pieniędzy, a tu trzeba bezwarunkowo dziś jeszcze być u Katarzyny z pieniędzmi, czy bez nich, i kłaniać się jej ode mnie, bo sprawa już tak stanęła, że dłużej zwlekać niepodobna. Jutro będzie już zapóźno. Idź jeszcze do ojca.
    — Do ojca?
    — Tak, do ojca najpierw. Jego proś o trzy tysiące.
    — Ale, Mitia! on nie da.
    — Wiem, że nie da. Wiesz ty, Alosza, co to rozpacz?
    — Wiem.
    — Słuchaj! prawnie to mi ojciec nic nie winien, wybrałem już od niego wszystko. Ale moralnie jest moim dłużnikiem. Czy nie tak? Przecież obracając posagiem mojej matki dorobił się majątku. Wiem, że ma przeszło sto tysięcy. Gdyby mi dał teraz te trzy, wybawiłby duszę moją z piekła i policzoneby mu to było za wiele, wiele grzechów. A ja przysięgam, to wielkie słowo, że poprzestanę na tych trzech tysiącach i ojciec nie posłyszy już o mnie. Poraz ostatni daję mu moż-