Strona:F. Dostojewski - Bracia Karamazow cz-2.djvu/35

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Do Gruszy — zawołał gorąco Alosza. — Więc ten Rakitin miał słuszność, a ja myślałem, że to tylko chwilowe, że przestaniesz do niej chodzić.
    — Czyż człowiek zaręczony powinien robić takie rzeczy? A jeszcze mając taką narzeczoną? Pamiętaj, że ja, pomimo wszystko, uczciwość mam. Z chwilą, gdym zaczął chodzić do Gruszy, przestałem się uważać za narzeczonego i honorowego człowieka. Rozumiesz? Cóż tak na mnie patrzysz?
    — Ja, widzisz, poszedłem do niej pierwszy raz, żeby ją bić. A to dlatego, że ów kapitan, pośrednik ojcowski, oddał jej mój weksel, chcąc za jej pośrednictwem wymódz na mnie zrzeczenie się wszelkich pretensyi do spadku. Chcieli mnie zastraszyć. Gruszę widziałem już przedtem. Na pierwszy rzut oka niema w niej nic uderzającego. Znałem doskonale historyę jej kochanka, owego starego kupca, który tam gdzieś leży umierający, ale majątek znaczny jej zostawi. Wiedziałem, że Grusza kocha się w pieniądzach i pożycza je na wysokie procenta, że jest awanturnica i szelma bez żadnych skrupułów. Poszedłem do niej, jak już mówiłem, aby ją zbić i zostałem u niej. Dżuma czepiła się i mnie i zaraziłem się, i zarazę noszę w sobie do dziś dnia, i wiem, że wszystko już skończone i nic innego nigdy nie będzie. Cykl wieków dopełnił się. Taka jest moja historya. Idąc do niej, miałem w kieszeni trzy tysiące rubli. Pojechaliśmy oboje do Mokroje, o 25 wiorst ztąd. Sprowadziłem cygań-