Strona:F. Dostojewski - Bracia Karamazow cz-2.djvu/34

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Niech się pogrąży we właściwy sobie żywioł, w błoto, w brud, a zrobi to dobrowolnie i z rozkoszą. Zginie tam i utonie, a ona niech idzie za Iwana.
    — Zaczekaj, bracie — przerwał niespokojnie Alosza. — Jest tu coś dla mnie niejasnego. Tyś jeszcze związany słowem. Jakże możesz rozstać się z narzeczoną, jeśli ona tego nie chce?
    — Tak, jestem narzeczonym i to ze wszystkiemi formalnościami. Zaręczyny nasze odbyły się w Moskwie, z wielką paradą, obrazami, błogosławieństwem. Stara generałowa przyjęła mnie bardzo serdecznie, uznała i pochwaliła wybór Kati. A czy dasz wiarę, że się jej Iwan nie podobał? Spędzałem czas w Moskwie na długich rozmowach z Katią, przedstawiając się jej z najlepszej strony, jako człowiek szlachetny, i to całkiem szczerze. Wszystko tam było: „słodkie zmieszanie, czułe słówka.” Poruszaliśmy też i wzniosłe kwestye. Ona wymogła na mnie obietnicę poprawy i ja obiecałem. A teraz...
    — Cóż?
    — A teraz wezwałem cię po to, aby cię posłać do Katarzyny dziś jeszcze. I...
    — I co?
    — Powiedzieć jej, że już nigdy do niej nie przyjdę, że się jej kłaniam.
    — Ale czyż to można?
    — Właśnie dlatego, że nie można, posyłam ciebie, bo czyż ja jej to mogę powiedzieć?
    — A ty, gdzie pójdziesz?
    — W błoto.