Strona:F. Antoni Ossendowski - Pod smaganiem samumu.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy starzy przed świtem się obudzili, aby nie przepuścić porannej modlitwy, na którą lada chwilę muezzini powinni byli zwoływać wiernych, — Mahmeda już nie było w domu rodziców.
Marokko, Algerja, Tunisja, góry Atlasu, nawet północna Sahara, nabite są skarbami ukrytemi tak, jak worek bogatego kupca daktylami i wełną. Ludzie wierzą w to, gdyż wiedzą, że przez te płonące pod słońcem góry, stepy i pustynie sunęły jedna po drugiej fale Fenicjan, Rzymian, Greków, Turków, Hiszpanów, Portugalczyków i Francuzów. Wszyscy oni przecież byli cudzoziemcami, a, jak każdy cudzoziemiec, zwiedzający kraj wyznawców Proroka, powinni byli być bogaci. Te właśnie skarby dawnych kolonistów, handlarzy, zdobywców, są ukryte pod ruinami ich dawnych twierdz, mogił, grodów, w jaskiniach, po górskich wąwozach, wśród kamieni, w łożyskach wyschłych „uedów“ i w cedrowych lasach pięknej Kabilji lub śród dębów Mamory.
Po te ukryte, starodawne skarby postanowił sięgnąć Mahmed, a że był chłopak śmiały, więc wiedział, że gdy zajdzie potrzeba, to i djabłu rogatemu potrafi zajrzeć w oczy. Rozpoczął swoją karjerę od pobliskiego Timgadu, gdzie stały obszerne ruiny rzymskiego grodu.
Przyszedłszy do Timgad, stawił się w biurze kustosza muzeum, otrzymał papier, pozwalający mu podjąć w gruzach poszukiwania, — i wziął się do pracy.
Mahmed miał dobry węch i rozpoczął szperanie w bardzo mądrze obranem miejscu. Wkrótce też znalazł garnczek starych, srebrnych monet, które nieźle sprzedał jakiejś zwiedzającej Timgad grupie amerykańskich turystów, a w parę dni później — łopatka jego natrafiła na coś twardego, zaczął więc kopać dalej i odkopał marmurową głowę posągu. Sprzedać, a nawet odkopać tego skarbu Mahmed nie mógł, więc zgłosił się do muzeum i powiadomił o swem odkryciu. Był