Strona:F. Antoni Ossendowski - Pod smaganiem samumu.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Znam Mahmeda od trzydziestu lat i opowiem panu to, co się mu przydarzyło wtedy, gdy byliśmy jeszcze młodzi.
Popijając gorący napój, muezzin ciągnął:
— W Biskrze, Algierze, Konstantynie, Mazaganie, Tunisie, Kairze i w setkach innych miast Afryki Północnej mieszkańcy dobrze znają Mahmed-el-Kefa. Gdy po dłuższej nieobecności zjawił się w którem z tych miast — kupcy, roznosiciele wody, właściciele zajazdów i kawiarni, nawet żebracy przy meczetach, przyglądali się bacznie jego nogom.
„Dobrze się dzieje Mahmedowi!“ — mówili czasem z westchnieniem zazdrości.
„Nie powiodło się widocznie El-Kefowi,“ — domyślali się innym razem.
— Jedno i drugie było rezultatem uważnego zbadania nóg zawsze wesołego i pewnego siebie chłopaka. Chłopaka, — bo nie więcej niż 18 wiosen liczył sobie wtedy Mahmed-el-Kef.
Pochodził z małej wioski, z okolic Lambezy, a od ośmiu lat swego życia sam na siebie pracował. Obrał zaś sobie nie zupełnie przeciętny fach. Pewnego dnia, bowiem, spożywszy w domu rodzicielskim wieczorem „kus-kus“[1], rzucił niedbale:
„Jutro pójdę w świat, taka jest wola Allaha! Chcę być... poszukiwaczem skarbów“...
Powiedziawszy to, rzucił się na posłanie.
Po chwili milczenia ojciec Mahmeda, dobrze oczytany w nauce Proroka, zauważył:
„Głupiś! Bez zaklęć nie dostaniesz skarbów.“
„Stary Gunib-Dhar dał mi skuteczne talizmany“, — już sennym głosem odezwał się „poszukiwacz skarbów“.

„In cza Allah! Taka wola Boga!“ — westchnęła matka.

  1. Narodowa potrawa z kaszy, baraniny i pieprzu.