Strona:F. Antoni Ossendowski - Pięć minut do północy.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z zadowoleniem patrzył na rzęsiście oświetlone okna pawilonu, a uchem łowił donoszące się odgłosy rozmów i śmiechu.
Wchodząc na taras, nagle podniósł głowę.
Posłyszał bowiem przeciągły świst samotnej kuli. Mimowoli zatrzymał wzrok na ciemnem, głębokiem niebie, gdzie pogodne i niewzruszone błyszczały gwiazdy. Te same konstelacje na tem samem miejscu, z tą samą siłą i łagodnością posyłały na zbiedzoną, skrwawioną, po tysiąc razy wstrząsaną wybuchami pocisków i min ziemię, słodkie promienie.
Gdyby Hans von Essen, komendant baterji ciężkich dział, był w tej chwili nastrojony filozoficznie, mógłby przyjść do wniosku, że wojna jest zjawiskiem tak naturalnem, jak burza, zmiana pory roku, ulewa, lub zaćmienie księżyca. Bo gdyby nie tak było, czyżby mogła natura, rządzona prawem absolutnem i przedwiecznem, pozostawać nietylko obojętną, lecz spokojną i pogodną? A te gwiazdy? Czyżby mogły z taką niepojętą łagodnością muskać swemi promieniami milczące szeregi mogił i białych krzyżyków nad niemi, rozdęty kadłub zabitego konia i mocną, kipiącą zdrowiem, pachnącą mydłem i wodą kolońską postać lejtenanta Hansa von Essen?
Młody oficer nie miał jednak takich myśli, usprawiedliwiających wojnę, bo mruknął:
— Pojedynczy strzał...
Uspokojony, że zbłąkana kula nie jest zapowiedzią dłuższej strzelaniny z okopów, pogwizdując, wszedł do pawilonu.
W dużej sali stały trzy rzędy nakrytych stołów, połyskujących kryształami i srebrem, wydobytem z pałacowych kredensów. Długie szeregi butelek ciągnęły się pomiędzy bukietami kwiatów jesiennych i czerwonych już liści klonowych. Inne, owinięte w namoczone serwety i ręczniki ze znakami Czerwonego Krzyża, były rozstawione po oknach.
— Volkmann umie urządzać uczty — uśmiechając się, pomyślał oficer. — Ma sposób na ochłodzenie szampana.