Strona:F. Antoni Ossendowski - Pięć minut do północy.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stojącego pod strzaskanym kasztanem oficera, zbliżył się jeden z młodszych lejtenantów i zawołał:
— Przyszedł nowy rozkaz ze sztabu! Nieprzyjaciel robi jakieś przegrupowanie wojsk, więc dwa dni będziemy mieli spokój. Dobrze to zasłużony wypoczynek, a będzie bardzo miły, bo w tym szpitalu pracują trzydzieści dwie pielęgniarki, wszystkie jak malowanie! Są to podobno panny i damy z najlepszego towarzystwa. Wielkie patrjotki, cha, cha, cha! Pułkownik Volkmann urządza dziś kolację, na którą zaprasza oficerów, oraz sanitarjuszki francuskie i belgijskie. Będzie zabawa huczna, bo pułkownik ma w taborze cały wóz z szampanem i likierami, a i w zamku znaleziono dobrą piwnicę.
Hans von Essen uśmiechnął się z zadowoleniem. Był znużony i stęskniony do towarzystwa po długiej pracy bojowej i ciągłych marszach.
W kwaterze znalazł list od dowódcy odcinka, pułkownika Volkmanna, swego dalekiego kuzyna, zapraszający go na kolację w letnim pawilonie zamku.
Zjadłszy naprędce przyniesioną przez ordynansa strawę, rzucił się na łóżko polowe i usnął, jak zabity. Obudził się dopiero o ósmej wieczorem, wymył się starannie i, ogolony, przebrany, poszedł do lekkiego, białego pawilonu, stojącego w parku. Z trudem minął pole, zryte brózdami i dołami, wyrwanemi przez pociski ciężkich dział, przekroczył zwały gruzów murowanego ogrodzenia parku i posuwał się wolno naprzód, lawirując pomiędzy potrzaskanemi pniami i grubemi konarami, odłupanemi od starych dębów i lip.
Nareszcie wyszedł na obszerny trawnik, ciągnący się od szerokiego tarasu białego pawilonu. Spostrzegł odwalony wybuchem granatu narożnik domu, rozrzucony tynk i odłamki dachówek. Pośrodku gazonu leżał zabity koń. Biały, rozdęty brzuch majaczył w mroku, a na trawie rozpłynęła się czarna plama skrzepłej krwi i wyrwanych wnętrzności.
Lejtenant von Essen rzucił na to wszystko obojętnem okiem. Oblicze wojny było mu znane i nie przejmowało go już ani wstrętem, ani lękiem.