Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pięść teutońska, zdrada krzyżacka uderzyła w starą ziemię Piastową, w perłę Polski — w Górny Śląsk.
— Do broni, bracia! Nikt nas nie obroni, jeśli będziemy milczeć i czekać! — mknęło po wsiach i ciastach pełne zapału hasło.
Jan Surzycki znowu chowa książki i czapkę akademicką i wdziewa stary, dymem prochu nieraz owiany uniform oficerski.
Znowu armaty, znowu obóz, koledzy 12 pułku artylerii polowej, pochód, pozycje, szybkie ostrzeliwanie wroga...
„Uczony Jan“ dobrze kieruje swojemi działami, a one zioną na wrogów rykiem urwanym i śmiercią.
— Czuwaj! — myśli młody podporucznik. — To potop nowy na Rzeczpospolitą. Od niemieckiej granicy do starych Dzikich Pól i Smoleńska suną ku naszej ziemi krwawe potwory. Musimy bić tak, aby świadków klęski nie zostało, aby nikt już nie śmiał marzyć o napadzie na świętą ziemię naszą. Każda kula, każdy pocisk, każde pchnięcie bagnetu powinno wylać wrażliwą krew, w sercu nieprzyjaciela wzbudzić lęk, Polsce sławy i spokoju przysporzyć!
Czuwał nad tem poważny młodzieniec, ale nie długo.