Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

długo pozostawać na siodłach, gdyż zagrażało to niechybnem zamarznięciem, więc szliśmy lub biegliśmy obok koni i tylko wieczorami i nocami rozgrzewaliśmy się przy ognisku, pijąc herbatę i zagryzając czarnemi sucharami. Nie uskarżaliśmy się na los, gdyż wiedzieliśmy, że za sobą zostawiliśmy śmierć, a przed sobą, być może, mamy zbawienie i życie.
Szczególnej nadziei jednak nie mieliśmy, bo trudno ją było mieć ludziom, jadącym przy mrozie 30-to stopniowym w zwykłych bluzach z cienkiego sukna i w lekkich butach oficerskich. Ale życie jest największym skarbem świata, i dwu jeźdźców, zabłąkanych w dziewiczej, dzikiej kniei Urianchaju, walczyło z zaciekłością o ten skarb ze wszystkiem, co było im wrogie.
Pewnego mroźnego wieczoru jechaliśmy znużeni i zmarznięci do szpiku kości, wyglądając w ciemności miejsca, gdzie nasze szkapy mogłyby znaleźć trochę trawy, marząc o ognisku i gorącej herbacie. Nagle spostrzegliśmy w oddali wierzchołki cedrów, zarumienionych od płonącego gdzieś w gęstwinie ogniska.
Kto tam się zaczaił w nocnym mroku? Wróg, czy włóczęga — zbieg, jak my?...