Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

męki i tragedyj kryła w swoim gąszczu wspaniała puszcza urianchajska, gdzie z niebotycznych, spowitych śniegami i mgłami gór spływały do dolin pierwsze strumyki, dające początek Jenisejowi i rozpęd jego wspaniałemu, triumfalnemu biegowi na północ, hen — za koło polarne.
Przedzieraliśmy się długo na naszych wynędzniałych, zmordowanych koniach przez knieje. Minęło lato, jesień miała się ku końcowi. O świcie dokuczały nam niewymownie srogie przymrozki, gdyż nie posiadaliśmy ciepłego ubrania i obuwia. Na szczytach Ardaganu i na grzbiecie Ałgiak spotkaliśmy już dość głęboki śnieg. Codzień widzieliśmy stada jeleni-morałów, uchodzących z gór przed śniegami i spuszczających się do lasów, rosnących na południowych zboczach grzbietów górskich. Tuż za niemi ciągnęły się całe ścieżki, wydeptane przez wilki, czyhające na szlachetne i potężne jelenie o wspaniałych rogach i ryku, podobnym do lwiego.
Zima się zbliżała. Jej lodowaty, groźny oddech dobiegał już nas od północy, a krwawe niebo wieczorne wróżyło wiatry i mrozy.
Nareszcie ogarnęła świat, zwarzyła na czarno ostatnie liście brzóz i kalin, pokotem położyła bujną trawę i przykryła wszystko białym całunem.
Przyszły na nas ciężkie czasy. Nie mogliśmy