Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Kozak, pełznąc, jak wąż, przez krzaki, ruszył na wywiad. Zostałem przy koniach z karabinem w ręku, przygotowany na to, aby biec mu na pomoc w razie potrzeby. Długo czekałem, wsłuchany w ciszę nocną i czując zakradającą się do duszy wraz z zimnem jakąś ostrą, sprawiającą wprost fizyczny ból trwogę... A może to było przeczucie?...
Nagle rozległ się w oddali głośny krzyk Marijewa. Wołał na mnie.
Pojechałem, prowadząc za sobą jego wierzchowca. Wkrótce zobaczyłem duże ognisko pośród krzaków i cały tłum ciemnych postaci. Niektóre siedziały, większość leżała.
Niebieskie polskie płaszcze, czarne cywilne palta, wojskowe czapki, zwykłe kapelusze, często słomkowe. Głowy, ręce i nogi pookręcane szmatami i kawałkami skór baranich i jelenich...
Podjechałem i zeskoczyłem z konia.
— Panie — szepnął mi do ucha kozacki oficer — tu konają ludzie...
Narazie nie zrozumiałem całej zgrozy tych słów. Uważnie rozglądałem się dookoła. Naraz zadrżałem z przerażenia, gdy spostrzegłem, że prawie wszyscy mieli odmrożone i odpadnięte dłonie lub stopy, straszliwe rany na miejscu nosów i uszu, strupy i popękaną skórę na policzkach.