Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ot, tobie prawo, przeklęty Polaku! — wrzasnął jeden i odrazu rozległo się kilka strzałów karabinowych.
Jedna kula przebiła oficerowi lewe ramię.
— Andruszka, pal! — zawołał Węcławowicz, strzelając z brauninga do bolszewika, który wychylił się z szopy.
Zaczęła się strzelanina. Bolszewicy wkrótce ruszyli do szturmu, lecz zaczęli się cofać, straciwszy trzech ludzi.
Za uciekającymi wypadł natychmiast krewki Andruszka, wyskoczywszy przez okno. Bolszewicy dali do niego salwę i Andruszka upadł z przestrzeloną piersią. Węcławowicz rzucił się do drzwi, żeby biec z pomocą ordynansowi, lecz bolszewicy otoczyli Andruszkę i wiązali go. Ten obdarzony końską siłą, walczył pięściami i nogami, przewracając na ziemię żołnierzy. Węcławowicz już dopadł walczącej kupy, gdy naraz jeden z bolszewików przyklęknął i strzelił do oficera. Węcławowicz zachwiał się, chwytając powietrze ustami jak ryba, wyciągnięta z wody. Zdążył spostrzec, że Andruszka leżał już na ziemi, a nad nim jak cepy wznosiły się i opadały z głuchym łoskotem kolby karabinów. Po chwili coś runęło na głowę Węcławowicza. Padł, aby już więcej nie powstać.