Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sowiety stawały się coraz to hardziej wyzywające, bezczelne i oporne.
— Psia krew! — myślał Węcławowicz. — Kiedy ja już skończę z tymi psubratami i bandytami?
Tok jego myśli przerwał Andruszka. Wpadł zdyszany bez czapki na podwórko i krzyknął:
— Panie poruczniku, do domu — prędzej! Bolszewicy zabijają naszych żołnierzy i całą bandą walą tu po pana.
Wpadli do chaty, zamknęli się i z bronią w ręku stanęli przy oknach.
Po chwili kupa pijanych żołnierzy i chłopów okolicznych wpadła na dziedziniec.
— Dawaj nam oficera! Oficera tu! — krzyknęli.
— Czego chcecie? — zapytał, otwierając okno, Węcławowicz.
Jeden z bolszewików strzelił do niego, lecz chybił. Oficer odpowiedział z rewolweru, a Andruszka z karabinu. Dwóch drabów pozostało na miejscu, a reszta rozbiegła się i pochowała się za studnię, za rogiem oficyny i w szopie.
— Czego chcecie? — powtórzył pytanie Węcławowicz.
— Sowiet postanowił aresztować was i odstawić do sztabu! — odpowiedzieli bolszewicy.
— Jakiem prawem?