Strona:F. Antoni Ossendowski - Huculszczyzna.djvu/166

From Wikiźródła
Jump to navigation Jump to search
Ta strona została uwierzytelniona.


spychy, od północy zaś stoki łamią się w potężnych stopniach olbrzymich schodów. To boczne uskoki, bądź łagodne, bądź też opadające stromą zerwą, tworzącą „plecy“, co nadaje niektórym górom groźny nieraz, a zawsze malowniczy wygląd niedostępnego urwiska, najeżonego skałami. Kotły i niecki, wytoczone przez lodowiec i rozmyte jego wodami, gdy szybko topnieć zaczął, zwaliska moren i zrzadka drobne jeziorka widnieją wśród fal skamieniałych. Ostatnie żywe wspomnienia o lodowym pancerzu, pod którym, zda się, uginały się te góry, jak pod nieznośnem brzemieniem, gdy to ruchoma skorupa jego raniła głęboko ich piersi i boki. Teraz, choć okryte lasem, świadczą jednak o zaciętej walce skał z sunącą po nich lodową nawałą. Zaiste ciężkie to było brzemię, tak ciężkie, że z ciała gór, niby krew żywa, trysnęły zimne strugi wody. Białe, pienne nici jej ni to srebrzysta pajęczyna snują się po zielonych i szarych zboczach szczytów i opadają w głębokie kotły, a z nich — do rozłóg, co zbiegają ku łożyskom rzek. Pod Dancyszem, niby potworne grzebienie, wyrosły Wielkie i Małe Kozły w szczelinach całe, wyrwach i rumowiskach, strzelające wysoko ponad zielone płaskowiny i zwoje czarno-zielonego płaszcza świerkowych borów. Przez ich ciemne gąszcze wiodą płaje, wydeptane przez bydło, wiją się przez niższe łąki i znowu znikają w puszczy, aż urwą