Strona:F. A. Ossendowski - Tajemnica płonącego samolotu.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czajone w okrutnych, przymrużonych oczach człowieka i w połyskującym końcu szpady.
Muleta poruszyła się raz i jeszcze raz.
Wściekłość i rozpacz bezmierna ogarnęły zmęczone zwierzę. Na nic niepomne, runęło na wroga.
Niby ptak drapieżny, mignęła błyskotliwa sylwetka matadora ponad rogami byka. Szpada wślizgnęła się w jego ciało tak głęboko, że tylko czerwona rękojeść jej tkwiła nad skrwawionym karkiem.
Byk stanął, jak wryty; z pyska bluznęła mu struga krwi; z chrap wyrywało się świszczące rzężenie. Kolana zwierza ugięły się nagle, ukląkł, lecz po chwili podniósł się znowu i stał z opuszczonym łbem, drżąc cały. Oczy przygasały mu zwolna i zachodziły bielmem. Stał jednak — nie chciał ulec zwycięzcy.
Wtedy rozległ się dzwonek w loży sędziów.
Descabello! — zabrzmiał rozkaz.
Torrero zbliżył się do byka i błyskawicznym ruchem dłoni wyrwał mu z ciała stal. Natychmiast podbiegł „chulos“ i podał mu nową szpadę.
Matador wymierzył ostrze pomiędzy rogi, tuż za czaszką i pchnął. Byk, jakgdyby rażony piorunem, padł i zesztywniał.
— Wspaniałe „descabello!“ Vivat Guelle! Brawo Tibidabo! — ryczeli widzowie.
Przystrojone wstęgami i piórami muły wyciągały z areny trupy byka i koni, dozorcy zasypywali świeżym piaskiem kałuże krwi, a espada z triumfującą twarzą i wzniesionemi ku tłumom ramionami, obiegał cyrk dokoła. Zewsząd leciały ku niemu kapelusze, cygara, pomarańcze. Rozentuzjazmowane senory, siedzące w lożach, rzucały mu pod nogi wachlarze i kwiaty.
Tymczasem trąbka wygrała nowy sygnał.
Następowała druga kolej corrid’y.