Strona:F. A. Ossendowski - Tajemnica płonącego samolotu.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dawniej? Dawniej spędzałam czas z Enriko Kastellarem... Było mi dobrze!
Generał parsknął gniewnie i mruknął:
— Pięknie spędzaliście czas, wiem coś o tem! Doniesiono mi o waszej schadzce za kortem... Żeby się poniżyć aż do czułości względem jakiegoś nędznego mulata! I to kto? Senorita Liza Floridablanca! Nie mieści mi się to w głowie! Coś potwornego!!
Dziewczyna odsunęła się od ojca i zimnym głosem odpowiedziała:
— Wiem, że Enriko Kastellar kochał mnie oddawna, lecz nie przyznawał się do tego nawet przed samym sobą. On nie zawinił! Dawne to już dzieje, ojcze, więc mogę ci teraz powiedzieć, jak było... Ja pierwsza wyznałam mu swoją miłość i... pocałowałam go...
— Niebywałe! I krew grandów nie odezwała się w tobie? Nie ogarnął cię wstręt na samą myśl, że odpowiedzą na twój pocałunek ciemne wargi półmurzyńskie? Hiszpan powinien panować nad sobą nawet w chwili najwyższego podniecenia, aby nie poniżyć się, nie zdradzić słabości swojej, nie rozwiać uroku białej rasy!
— Ojcze, ja kocham Enriko Kastellara! — przerwała mu Liza.
— Nie waż mi się mówić o tem! — krzyknął oburzony ojciec i uderzył pięścią w stół.
— Słyszałam, że Enriko jest synem hrabiego de l’Alkudia — rzekła. — Cobyś powiedział, ojcze, gdyby hrabia uznał go za swego prawego syna?
— To niemożliwe! — zawołał generał. — Hrabia de l’Alkudia nie dopuści do takiego pohańbienia tradycyj rodzinnych!
— Cobyś uczynił, gdyby znakomity, sławny Enriko Kastellar poprosił cię o moją rękę? — spytała znowu.