Strona:F. A. Ossendowski - Tajemnica płonącego samolotu.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


senora Garcia nie może wypełnić wszystkich braków mego wykształcenia. Powinnabym się uczyć... bo, doprawdy, tak mało umiem...
— Moja droga! — zawołał don Miguel. — Służba jest rzeczą ciężką. Nie przyjechałem tu dla przyjemności. Pobyt w kolonji niezbędnym jest dla mojej karjery... Na przyszły rok dopiero będę mógł skorzystać z urlopu. W kraju pomyślę nad tem, czy mam tu powrócić, czy też pozostać w Madrycie. Będzie to zależało od różnych okoliczności, Lizo!
Panienka patrzyła na ojca smutnym wzrokiem.
Madonna mia! — szepnęła. — Jakież to nieszczęście, że dziadek stracił cały majątek rodzinny!
— Przyczynił się do tego fatalny zbieg wypadków! Wszystkie nasze kapitały, domy, posiadłość koło Saragossy pochłonęła nieszczęśliwa spekulacja na Filipinach. Nikt nie mógł przewidzieć powstania tubylców i wojny z Ameryką...
Powiedziawszy to, gubernator westchnął i milczał.
— No tak, wiem o tem! — odezwała się panienka. — Dziadek wkrótce umarł z rozpaczy, a ty musiałeś wystąpić z gwardji i przyjąć posadę dowódcy załogi w Fernando Po, Annohonie i wreszcie w Corisco... Biedna mamusia nie wytrzymała klimatu wyspy i zmarła... Teraz ja zkolei muszę pędzić nudne, niepotrzebne życie na wygnaniu!...
Wypowiedziała te słowa z namiętną rozpaczą, a łzy błysnęły jej w oczach.
— Córuchno! — zawołał generał. — Dawniej tak nigdy nie mówiłaś! Czyżbyś się źle czuła na zdrowiu?! Powiedz! Zatrwożyłaś mnie...
Liza podeszła do ojca i usiadła na poręczy fotela. Patrzyła na niego rzewnym i smutnym wyrokiem. Pochyliła się nad don Miguelem i szepnęła: