Strona:F. A. Ossendowski - Tajemnica płonącego samolotu.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kańskiej, oddychali z trudem, gdy nadchodziły okresy burz rozszalałych i ulew przerażających. W powietrzu cieżkiem, przesyconem aromatem gnijących roślin, butwiejących pni i korzeni olbrzymów leśnych, gromadziły się potężne zasoby elektryczności. Co chwila miotały się błyskawice nieme; na wierzchołkach suchych drzew, a nawet na końcach sztywnych liści palmowych zapalały się po nocach niebieskawe ogniki cichych wyładowań. Nerwy ludzkie doznawały ciągłego podniecenia, przechodzącego nieraz w wybuch dzikich żądz lub gwałtowności nieprzytomnej. To słońce afrykańskie — okrutne i mściwe — broniło swej ziemi i ludów bezbronnych przed chciwością i bezprawiem najeźdźców i drapieżnych przybyszów. Obroną tą była trucizna, która czaiła się wszędzie — w zaduchu dżungli, w ciepłych oparach nad rzeką, w ziemi, rojącej się od istot nieznanych i niewidzialnych, w jadowitych zębach żmij, pająków i stonóg, w żądłach moskitów, bąków i skorpjonów.
Najstraszliwszą jednak truciznę zawierały w sobie promienie słońca, przed któremi w lęku i przerażeniu krył się człowiek biały, nieproszony gość tej ziemi.

Przez cały dzień chronić musiał głowę i oczy, osłaniając je ciężkim hełmem i okularami, ciało zaś — białą lub czerwono-brunatną tkaniną; przebywał ciągle w półciemnych domach, o okapach, nisko zwisających nad oknami, lub o płóciennych tentach[1] i grubych żaluzjach, wstrzymujących powódź słoneczną. Każdy biały przybysz musiał się mieć na baczności, uważając, aby najmniejszy promyk słońca nie wślizgnął się do zacienionego domu, nie spadł na metalowy przedmiot lub na szkło naczynia i nie rozprysnął się na setki jeszcze drobniej-

  1. Zasłona; namiot.