Strona:F. A. Ossendowski - Tajemnica płonącego samolotu.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szych strzał, zatrutych świetlanym jadem, gdyż przez źrenice znużonych oczu mógłby się wedrzeć do mózgu, drażniąc go i niszcząc.
Biali ludzie — rządzący murzynami lub wyzyskujący ich — tracą na tę walkę ze słońcem większą część swych sił. Czują się tu niezmiernie źle, nawet jeżeli zdołają uniknąć podzwrotnikowej malarji i równikowej dyzenterji, które nużą śmiertelnie i pozbawiają ich chęci do życia.
W chwili ostatecznego wyczerpania i zniechęcenia wszyscy — od gubernatora, surowego generała, don Miguela Floridablanca, aż do ostatniego żołnierza szczupłej załogi hiszpańskiej, — dziwią się, w jaki sposób mogą oni utrzymać dwa lub trzy miljony ludzi w karbach głuchego i ślepego posłuchu? Jakaż to tajemnicza siła dopomaga białym administratorom, kolonistom i kupcom, że mogą bezkarnie zmuszać czarnych mieszkańców tej ziemi do ciężkiej pracy — wycinania lasów, budowy dróg bitych, przerzucania mostów nad wąwozami? Dlaczego bez sprzeciwu i szemrania zginają się oni pokornie pod ciężarem kubłów z wodą do polewania ogrodów i trawników, należących do zaborców? Co kieruje nimi, że zziajani przebiegają kraj z torbą listonosza, że plonem swej roli lub młodzieżą, posyłaną do wojska, płacą podatki? Jakaż wreszcie myśl tajemnicza a potężna skłania tych czarnych, spokojnych ludzi do wykonania każdego, najbardziej okrutnego i szalonego rozkazu?!
A rozkazy, wykonywane przez murzynów w pośpiechu niewolniczym, bywały różne.
Jedne dotyczyły oderwania od domu i roli setek mężczyzn i wysłania ich na budowę pałacu gubernatorskiego; drugie zmuszały czarnych ludzi do porzucenia sadzenia orzechów ziemnych, manjoki i prosa, niezbędnych