Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I oto stała się wielka przemiana.
Elza w cichości i pokorze marzyła o jasnych duchach, przylatujących z otchłani zórz polarnych, a potem uwierzyła w ich istnienie, pragnęła ich, szukała, czekając namiętnie na przyjście świetlanych istot, czy to z piennej toni morskiej, czy ze zwichrzonych chmur, smaganych przez orkan, czy z wejrzenia lub z duszy człowieczej.
Sama mu przecież powiedziała:
— Stara Edda nauczyła mnie marzyć, Eryk nauczył dążyć do szczęścia... Teraz chcę takiego życia, którego każdy dzień jest innym, a w którem ludzkie czyny jaśnieją, jak gwiazdy na czarnem niebie... Chcę zamieszkać w wielkiem wspaniałem mieście, gdzie spotkać można władców dusz i serc ludzkich, gdzie bogacze ducha rozrzucają tłumowi skarby swych myśli i porywów, gdzie święci wskazują drogi ku prawdzie...
Pitt Hardful wydał jęk:
— Do stu połamanych kotwic! — mruknął. — Tak mówiła Elza Tornwalsen, a teraz? Saint-Jean-de-Luz, wspaniały hotel, auto, tłum wielbicieli i wyścig pływacki — żądza krótkotrwałej sławy rekordzistki światowej!
Zaklął znowu, gdyż przyszło mu na myśl, że, jak setki innych bogatych kobiet, Elza prawdopodobnie prowadzi życie światowe, o obyczajach rozwiązłych i wstrętnych.
— Ha! A mówiła mi, że...
Machnął ręką niedbale i znowu zaklął tak głośno, że siedząca obok nieznajoma, dość już wiekowa dama, nagle podniosła głowę i coś mruknęła sobie pod nosem.
Pitt Hardful zdjął kapelusz i rzekł z uśmiechem: