Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pani wybaczy marynarzowi tak dosadny wykrzyknik, lecz doprawdy myślałem przed chwilą o rzeczach przykrych! Proszę mi nie mieć tego za złe!
Powiedział to tak szczerym głosem i z taką skruchą, że nieznajoma kiwnęła głową i, patrząc dobrotliwie na śmiałe oczy Pitta a przyzwyczajonym do obserwowania wzrokiem obrzucając jego męską, barczystą postać, odparła spokojnie:
— Niech się pan nie krępuje, bo mnie to bynajmniej nie zawadza. Mój Boże! Codziennie słyszę, jeszcze bardziej silne i wyraziste określenia wzruszeń i wrażeń! O, stokroć silniejsze!
Kapitan zaśmiał się wesoło, bo stara dama mówiła z prawdziwym komizmem.
— Któż to taki... energiczny przeraża szanowną panią? — zapytał.
Nieznajoma podniosła ramiona i oczy i odparła swobodnie:
— Któż inny? Moja wychowanica!
— Panienka klnie po marynarsku?! — zawołał kapitan. — That’s boy!
Stara dama przyjrzała się Pittowi uważnie.
— Pan z pewnością, dopiero dziś przyjechał? — zapytała.
— Istotnie, jestem tu od niedawna... — odpowiedział wymijająco.
— No, to nieświadomość pańska zrozumiała! — mruknęła. — W całym Saint-Jean-de-Luz nazwisko mojej pupilki, a, niestety, i moje jest na ustach wszystkich, począwszy od dorożkarza i kończąc na tym starym hiszpańskim markizie, który, jak mi opowiadano, hoduje