Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rych, pustynnych zdziarach i bezbrzeżnych przestworzach tundry północnej, gdzież rzewniej niż wśród tych nikłych krzaczków, brzóz i cedrów pokracznych, przez wichry ugiętych do samej ziemi, zaczajonych w lęku o życie, gdzież bardziej żywiołowo niż na tych białych równinach, głębokim, skrzepłym śniegiem okrytych, obarczonych lodowemi kajdanami, gdzież potężniej i wyraźniej dawała się odczuć miłosierna moc słońca?
Te krótkie, jakgdyby w chwili jednej przemijające lato, gdy pod czerwonemi promieniami słońca wszystko w mig ożywa, budzi się do życia, rwie się do obrony swego istnienia, wybucha niezwykłą żądzą i potęgą rozrodczą, wybuja, rośnie, kwitnie i nasienie nieśmiertelności rzuca dokoła!
A te noce wiosenne, te letnie, krótkie godziny półzmroku, nasyconego niegasnącym blaskiem słońca, te mroki zimowe, ślepe, głuche, złowrogie, rozpraszane znagła przez tajemniczą powódź światła zórz polarnych, burz promiennych, trwogą przejmujących kaskad, błysków fal strzelającego do zenitu ognia!
Czyż nie taką samą naturę posiadała Elza?
Ziarno marzycielstwa rzuciła do duszy rybaczki stara Lilit, Edda-prababka. Elza była jak skromny wrzos skalny... Ten kwiat nikły, z piersi kamiennej wyrastający, wziął sobie garbus potworny — Waege Tornwalsen... Jakaś niezbadana sprawiedliwość, a może, przekleństwo, ciążące nad ludźmi, posłało do zagrody rybackiej syna Waegego — pięknego Eryka Tornwalsena. Ten, jak słońce, ożywił niepozorną, smętną roślinę, albowiem życiodajne słońce spogląda jednocześnie na dumną, pyszną różę i na drobny kwiatek wrzosu skalnego...