Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dnak, jak tego wymagała jego natura, jasne sytuacje i niezłomne postanowienia. To zmuszało kapitana do skrystalizowania swoich zamiarów i pragnień.
Długo rozważał sprawę, zagłębiał się w przeżycia i uczucia, oceniał wrażenie, które na nim sprawiła Elza Tornwalsen, gdy ujrzał ją wychodzącą z holu „Atlantiku“.
Elza... nowa, nigdy niewidziana przedtem Elza! Elza tak bardzo niepodobna do tej, którą znał przez czas dłuższy, jako majtka, Otto Lowego, a później, gdy z „Witezia“ odeszli na zawsze ci, którzy głucho i ponuro walczyli o nią, ukrywającą się pod tem nazwiskiem, — jako zwykłą rybaczkę, kobietę z pospólstwa, ciemną wieśniaczkę ze smętnego pobrzeża skalistej wyspy norweskiej.
Ciemną wieśniaczkę?
Kapitan na tę myśl nachmurzył czoło.
O nie! Elza istotnie była kobietą z pospólstwa, zwykłą rybaczką, lecz nie była istotą ciemną!
Przypomniał sobie Pitt Hardful wszystko, co się dotyczyło Elzy Tornwalsen, co widział i słyszał od niej i o niej podczas pływanek do Casablanki i na daleką północ, a wrodzona sumienność wzburzyła się w nim nagle i zaprzeczyła stanowczo:
— Elza Tornwalsen nie była kobietą ciemną!
Kapitan usiadł na trzcinowym fotelu, pogrążony we wspomnienia.
Elza została dla niego uosobieniem północy. Tak, niezawodnie!
Północna kraina, bezbarwna, monotonna, ponuro-spokojna, a jednak — gdzież więcej niż na tych nagich skałach stromych urwisk nadbrzeżnych, lub na tych sza-