Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


churę wspomnień w duszy Pitta Hardfula; wspomnień niepokojących lub rzewnych, lecz wszystko to nagle przeszło w uczucie nieznanej mu dotąd tęsknoty źrącej, jakgdyby odkryła się stara, dawno zabliźniona rana, co boli i piecze ogniem nieznośnym, zmuszającym do zgrzytu zębów, do syku cierpienia, do skowytu dzikiego, obłędnego.
Elza Tornwalsen pierwsza niegdyś wyczuła mękę i miotanie się duszy jego, gdy rozpoczynał nowe życie na pokładzie „Witezia“ z niezłomnem postanowieniem dążenia szlakiem surowej prawdy, nie znającej wahań i odchyleń od jedynego kierunku, istniejącego dla niej. Elza popchnęła chmurnego Norwega na drogę prawdy Pitta Hardfula i od tej chwili drogi tych trojga ludzi w sposób dziwny połączyły się i biegły długo razem. Był to najcudowniejszy czas w życiu kapitana. Widział wyraźnie cel swój, rozumiał, że stał się on wspólnym dla jego przyjaciół, wpatrzonych w niego, jak w migający we mgle kierowniczy ogień nieznanej dotąd latarni morskiej.
Życie w tym czasie wydawało się kapitanowi prostem, należącem do niego i stworzonem przez własny rozum i wolę osobistą.
Przeszkody, które nagle zaczynały się piętrzyć przed nim, w imię prawdy należało zwalczać z całą stanowczością.
Jakżeż odmienne było to życie od tego, które poznał w świecie cywilizowanym. Świat ten wyrzucił go na bezdroża, jako bezprawnego nędzarza; gdy zaś wypłynął i powrócił do niego, jako bogaty, spokojny, niczego nie żądający człowiek, — ten świat usiłował zgnieść go ponownie, zetrzeć na proch, a gdy połamał