Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wczoraj się pan urodził, żeby nie wiedzieć, że ci wszyscy bankierzy, nowobogaccy i pieniężna arystokracja, której łapy świerzbią do wysokiego oprocentowania kapitałów, nie zaniechali bynajmniej zamiaru pozbyć się pana, kiepskiego warjata z jego cudacznemi pomysłami, i na dudka go wystrychnąć, zagarnąwszy „Polarne złoto“ do ostatniej kruszyny, a razem z niem i kapitały łatwowiernych chciwców i aferzystów?! Nie, mój naiwny, lub zbytnio przebiegły panie, oni już obmyślili na pana sposoby niezawodne!
— Ciekaw jestem — jakie, bo żywię nadzieję, że każdy z nich skazany jest na kompletne niepowodzenie? — spytał Pitt, śmiejąc się wesoło.
— Pan jest tak bardzo tego pewny? Dlaczegoż to, jeśli łaska? — pytaniem na pytanie odpowiedział Bertrand.
— Och! Jest to rzecz bardzo prosta, mój redaktorze! — zawołał kapitan. — Zgodzi się pan, że najtrudniej jest knuć podstęp i zdradę przeciwko sprawie, zupełnie wyraźnej i jasnej, jak dzień. Sprawa mego przedsiębiorstwa należy właśnie do szeregu takich. Stąd wypływa moje przeświadczenie o niepowodzeniu intryg.
— Hm — hm... — mruczał starowina. — Zdawałoby się, że tak jest, a tymczasem coś-niecoś słyszałem już o naradach tych bandytów finansowych.
— Cóż pan słyszał, jeżeli to nie jest tajemnicą, której zdradzić pan redaktor nie może? — rzucił od niechcenia pytanie Hardful.
— No, przecież nie oni powierzyli mi swoją tajemnicę! — zaśmiał się Bertrand. — Mam jakie takie wiadomości, z ich kół pochodzące. Zamierzają oni wprowa-