Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzić do przedsiębiorstwa swoich ludzi, którzy zaczną bruździć i rozbijać panujący u pana ład...
— Dobrze, że pan mię o tem uprzedził! — zawołał kapitan. — Bardzo dziękuję! Teraz ostatecznie powziąłem decyzję, co do której wahałem się dotąd!
— No?
— Sam pojadę na północ i zaprowadzę nowy ład! — odparł twardym głosem Pitt Hardful, a oczy mu błysnęły złowrogo. — Niech spróbują walczyć ze mną!
Bertrand, przyzwyczajony do zawsze spokojnego zachowania kapitana i do obojętnego tonu głosu jego, zdumiał się, lecz po chwili zaczął klaskać w dłonie z wielkiej uciechy i powtarzać, jak małe, rozbawione dziecko:
— A to ci chryja! Trafiła kosa na kamień! A to ci chryja!!
Długo się śmiał, biegając po gabinecie, aż wkońcu się uspokoił i jął wykrzykiwać:
— Widzę teraz, żeś pan warjat, lecz ten warjat wie, czego chce! Pobiegnę do redakcji i przyślę panu nowiny o tem, jakie pomysły co do „Polarnego Złota“ mają socjaliści, bo oni też tej gratki z łap swoich wypuścić nie chcą! Obiecał mi jeden reporter, drab z pod ciemnej gwiazdy, dostarczyć wiązanki nowin ze spelunki centrali socjalistycznej. Wnet je panu sam przyniosę! Ale z kapitana to sztuka twarda! Ho, ho! ucieszył mię pan i uspokoił! Takich warjatów to nawet Bertrand lubi!...
Tego dnia jednak stary dziennikarz nie stawił się u Hardfula, a gdy nazajutrz zadzwonił do drzwi willi, lokaj — Francuz otworzył mu i nie pytany wysypał cały wór nieoczekiwanych nowin.