Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


darzowi, że przyjdzie za parę dni i przyniesie mu projekt „krucjaty“, któraby była skuteczniejszą „na żmije i pantery“.
Pozostawszy sam, Pitt Hardful, wyciągnął prawe ramię i syknął:
— On ma rację, lecz i ja też mam! Oto powróciłem do społeczeństwa, aby się zemścić na niem za moją poniewierkę i pogrążenie mnie w rozpaczy, lecz, ujrzawszy otchłań nędzy ciał i dusz, wyciągam ku wszystkim rękę i, jak mogę i umiem, chcę poprowadzić ich ku słońcu, chociażby na chwilę, do czasu... póki się nie wyczerpie złoto w górach Mgoa-Moa... Niech będzie choć jeden epizod, niech pozostanie wspomnienie o jednym chociaż wypadku; kto wie — być może, stanie się on fermentem, bardziej czynnym i buntującym sumienie głębiej, niż wydaje się to Bertrandowi.
Na wspomnienie o starym dziennikarzu kapitan uśmiechnął się zjadliwie i syknął:
— Staruszek marzy o młocie, rozwalającym żelazne łby społeczeństwa, a tymczasem, jak mnie poinformowano, pobiera pokaźne wynagrodzenie od swej wcale nie radykalnej i nie arcy-moralnej gazety, ma własny samochód i dom w Lille...
Gdy ze szpalt prasy codziennej i z ust obywateli miasta nie schodziło imię znowu stającego się zagadkowym Pitta Hardfula, zamiejska willa jego widziała sporo gości, odwiedzających kapitana.
Bywali tu teraz ludzie przeróżni i do różnych sfer i klas społecznych należący.
Przychodziły tu chyłkiem typy ciemne, obawiające się spotkania z „granatowymi mundurami“, a zainteresowane przedsiębiorstwem kapitana więcej od innych,