Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chwilą posłyszałem bezsilne marzycielskie zdanie o „krucjacie bez krwi“ i już wiem, co mam myśleć o panu! Jest pan manjakiem albo zgoła warjatem...
— Mój panie Bertrand!
— Ależ tak, tak! Pan może mnie wyrzucić ze swego mieszkania, lecz ja nie cofnę swoich słów! — wołał staruszek. — Nic się panu nie uda i dziękuj pan, panie kapitanie, Bogu, jeżeli anarchiści nie podrzucą panu maszyny piekielnej, kapitaliści zaś nie pchną na pana najemnego zabójcy, a ten lub inny rząd nie wpakuje pana do domu obłąkanych lub nawet do więzienia. Taka jest moja przepowiednia Kassandry!
— Pan jest pesymistą! — zauważył, marszcząc brwi Pitt Hardful.
— Nie, tylko ja znam tę zgraję ludzką, złożoną z rekinów i szakali, a najczęściej gadów, czających się w czystym napozór piasku. Ja wiem, że pan — marzyciel gołębiego serca, naiwnie wierzący w istnienie dawnego pierwotnego typu „homo sapiens“, typu, który dawno przeszedł w ewolucyjną formę „homo atrox“, pan zginie od jego kłów, pazurów lub jadu! I poco ja do pana przyszedłem?!
— Żałuje pan tego? — zapytał, uśmiechając się, kapitan.
— Pewno, że żałuję! Nie będę teraz spał przez trzy noce i trawienie sobie zepsuję! Myślałem, że spadnie nareszcie młot na żelazne łby społeczeństwa, a tu tymczasem widzę przed sobą gałązkę oliwną, uroczą flagę z bladoniebieskiego jedwabiu. Do djabła! Takie rozczarowanie na stare lata!!
Długo sapał, klął i utyskiwał stary dziennikarz, aż wreszcie trochę się uspokoił i odszedł, obiecawszy gospo-