Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bo lepiej i szczegółowiej wiedziały, jak sprawy stoją, ponieważ po tawernach i szynkach trajkotał o tem gadatliwy Miguel, a wtórował mu Puhacz, który znalazł na bruku miejskim sporo znajomych, przyjaciół i współtowarzyszy międzynarodowej kloaki, jaką jest więzienie.
Ci przybysze pytali się Pitta Hardfula wprost:
— Nie mamy nic, lecz jechać na północ po złoto możemy, bo chcemy stać się bogaczami, jak Rudy Szczur, jak Puhacz, lub Szkarłatny Pedro...
— Doskonale! — odpowiedział im kapitan. — Powiedzieliście, czego wy pragniecie, ale ja pragnę, abyście pojechali tam z postanowieniem porzucenia na zawsze uprawianego dotychczas procederu, który zmusza was tak bojaźliwie oglądać się i nadsłuchiwać; pragnę, abyście tam pracowali jak galernicy, jednocześnie żeby każdy z was czuł się jak najwolniejszy z wolnych, jak uczciwy pracownik, nie mający zawiści, nie obmyślający krzywdy innego pracownika, ale pewny jutra.
— To się tam pokaże!... Aby się tylko dorwać do tych waszych terenów... — mruczeli goście.
— Obawiam się tylko, że skoro jedziecie z zamiarem „dorwania się“ do naszych terenów — z szyderstwem w głosie odpowiedział kapitan, — może to być wasza ostatnia podróż...
— Ostatnia, jakto ostatnia? — padały ponure pytania.
— Nie mamy u siebie ani sądu, ani policji, lecz ręczę wam, przyjaciele, że nie ukryje się tam w razie przywłaszczenia ani jeden gram złota, a w następstwie wyrok... śmierć! — odpowiedział Pitt Hardful.
— Śmierć? Któż ją zadaje, skoro nie macie sądu? — rozległy się zdumione i strwożone głosy.