Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lecz jednocześnie sam żył tem życiem, w całej pełni korzystał z niego i, jak już słyszał Pitt Hardful, ciągnął dobre zyski i prosperował. Prosperował na zbrodni i psychozie ludzkości, jak wspaniały grzyb lub storczyk barwny na gnijącym kadłubie wspaniałej palmy lub magnolji, powalonej przez orkan.
— Panie Bertrand, — rzekł kapitan. — Ja nigdy nie myślałem o przewartościowaniu złota i jego stosunku do wysiłku pracy ludzkiej. Nigdy — daję panu słowo! Wprost chciałem i chcę rzucić jak największą ilość ludzi do takiego kraju, gdzie musieliby ocierać się o siebie bezpośrednio, stojąc ramię przy ramieniu, walcząc ciężko, z narażeniem życia i w każdej chwili potrzebując pomocy i współczucia sąsiada z lewej i z prawej strony. To zbliżyłoby przeróżnych ludzi do siebie, obudziłoby myśl o braterstwie i duchowej bliskości, zrodziłoby zrozumienie trosk bliźniego, a ponieważ plon ich pracy podlega podziałowi i nikt ponad normę nie może się wzbogacić, — znikłyby wkońcu zawiść i współzawodnictwo egoistyczne!
— Komunizm? — rzucił Bertrand i zapalił papierosa.
— Nie, panie! — zaprzeczył kapitan. — Komunizm zabija indywidualizm; mój plan rozwija go, bo normy zysku nie są jednakowe, lecz sprawiedliwie wyższe lub niższe dla wysiłku różnej wartości. To — zrozumiałe! W moim planie jest jeszcze jeden punkt — opieka i troska o los owego szczepu Samojedów, o których tu chyba nikt nie słyszał. Poco to robię? Oprócz mojej osobistej sympatji do tego północnego ludu, chcę przekonać ludzi, że złoto powinno mieć na celu nietylko wzbogacenie się osobiste lub kolektywne, lecz choćby