Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wcale nie myślałem o tak głębokich przewrotach społecznych, na jakie pan wskazuje...
— O czemżeż pan myślał zatem? — z bezczelnością w głosie zapytał dziennikarz.
— Myślałem o rzeczach mniejszych, ale, być może, dla mnie ważniejszych, — odparł kapitan.
— Ciekaw jestem posłyszeć o tem! — rzucił Bertrand.
Pitt Hardful przyjrzał się dziennikarzowi tak bacznie, że ten aż się poruszył na swojem miejscu.
Kapitanowi wydało się, że przejrzał tego człowieka, a dojrzał w nim to, co znajdywał w samym sobie przed więzieniem i czem teraz pogardzał.
Pitt Hardful zrozumiał, że pan Bertrand doskonale ujmuje obecny stan cywilizowanej ludzkości, że widzi wyraźnie drogę, którą ona dąży do wielkiej katastrofy. Wszystkie grzechy, wady, straszliwe błędy społeczeństwa niezawodnie nie mogły się ukryć od szyderczych, niebieskich oczu dziennikarza; widział on niemi nie tylko najbliższą metę, rozumiał, że grzechy i błędy stają się obmyśloną w szczegółach polityką, popychającą całą ludzkość po pochyłej powierzchni aż do urwiska, gdzie na dnie panowała mroczna otchłań, z której wyjścia być nie mogło.
I mimo to, ten mądry, przewidujący staruszek istniał najspokojniej wśród tych miljonów ludzi, porwanych szałem i zbrodniczą żądzą wzbogacenia się i używania za byle jaką cenę, chociażby depcząc po trupach najbliższych osób, a nawet całych warstw społecznych i innych narodów.
Notował on fakty, zjawiska, przejawy zbiorowej ideologji, grupował, systematyzował, poddawał krytyce,