Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/319

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


za hańbę i poniewierkę, a potem zapomnienie wszystkich uraz i pragnienie, aby doprowadzić ludzi do jasnego, sprawiedliwego życia, walkę o swoją ideę, miłość do Elzy i swoje nadzieje nieziszczone, bo oto stanęła przy nim śmierć...
Gdy wyczerpany straszliwie opadł na poduszki i blady, zimnym potem zlany ciężko oddychał, z trudem łapiąc powietrze poranionemi płucami, ksiądz Leduc ukląkł, modlił się gorąco, dał rozgrzeszenie, udzielił sakramentów i, położywszy dłoń na czole chorego, mówić zaczął:
— Zaiste, zaiste bez grzechu ciężkiego żyjesz i, gdy Bóg tak osądzi, że staniesz przed obliczem Jego, nie ujrzy On zmazy na tobie, synu mój! Winy swoje odkupiłeś męką palącą i ciężką... Lecz oto ja, sługa Najwyższego, rzucam ci słowo pociechy i nadziei, że żyw będziesz, albowiem bezgraniczne jest miłosierdzie Boże i nieogarnięta rozumem ludzkim potęga Jego cudowna!
Tu znowu uklęknął ojciec Leduc i, oczy wzniósłszy ku niebu, modlił się namiętnym, przenikliwym szeptem:
— Ojcze w niebiesiech, Synu Boży, Ukrzyżowany za nas, zwróćcie wzrok Wasz na człowieka tego, który bez słów gromkich i szumnych, w cichości, w wierze niezłomnej w boską naturę duszy ludzkiej — zbożną, szlachetną sprawę dźwigał na barkach swoich, nie sławy szukając, nie uciech życiowych, ino ku światłości i prawdzie prowadząc braci swoich! Zlitujcie się nad nim wy — Wielkie, Najwyższe Moce, i podźwignijcie go z łoża boleści.
Długo jeszcze modlił się kapłan rozrzewniony, błagał Stwórcę ze łzami w oczach i drżącemi ustami powtarzał: