Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/320

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Uratujcie go, wzmocnijcie, otoczcie opieką swą, Boże, Chryste Zbawicielu!
Przez długi, przerażająco długi szereg dni i nocy śmierć domagała się swej ofiary.
Po chwilowem polepszeniu następowały dnie całe gorączki i krwotoków nagłych, wyczerpujących, strasznych, zdawało się — ostatnich już.
Jednak coraz częściej kapitan bywał przytomny.
Wtedy brał w wychudłą dłoń rękę Elzy i przyciskał ją do czoła, niby pogrążony w modlitwie.
Gdy podnosił na Elzę oczy, szkliły się w nich łzy i jakaś namiętna prośba.
— Boże! — szeptał. — Jakżebym chciał żyć...
— Będziesz żył! — odpowiadała z mocą kobieta i starała się włożyć w głos swój wszystką potęgę gorącej, niezłomnej wiary.
Przez całe dwa miesiące, długie miesiące rozpaczliwej walki, nikt nie był pewien ani dnia, ani godziny.
Widać, że rana, zadana ręką człowieka, którego się obdarzyło uczuciem braterskiem i przyjaznem, zawierała w sobie truciznę.
Trudno i powoli goiły się te rany jadowite na piersi Pitta Hardfula.
Chory pomimo to zaczął się już interesować sprawami „Złotej Studni“.
Dowiedziawszy się o wypadkach i twardych rządach Géroma, zasępił się kapitan i długo w milczeniu rozmyślał.
Nikomu nic nie powiedział, co się działo w jego duszy, jakie pękły w niej struny, jakie przez lata wznoszone gmachy runęły, jakie załamały się nadzieje i jakie światła przygasły?