Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/318

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Miguel — półobłąkany i drżący; Szymon Rouvier o jeszcze bardziej skamieniałej twarzy, po której toczyły się rzadkie, ciężkie łzy, — ani na chwilę nie opuszczali pokoju chorego, pomagając lekarzom.
Kapitan leżał całemi dniami nieruchomy, rzężący, z krwawą pianą na zsiniałych wargach, to znów prężył się i miotał, kurcząc twarz i coraz mocniej zaciskając powieki, jakgdyby bał się ujrzeć coś strasznego i nieodwołalnego.
— Agonja? — pytali siebie trwożnym wzrokiem lekarze, badając puls chorego.
Po tygodniu, podczas bolesnego opatrunku ran, kapitan nagle syknął i, nie otwierając oczu, poruszył wargami, jakgdyby chciał pić lub przemówić.
Podano mu orzeźwiający napój, lecz ranny zacisnął zęby i zlekka potrząsnął głową.
Wtedy pochyliła się nad nim Elza Tornwalsen i szepnęła:
— Eryku... To ja — Elza... słucham ciebie.
Kapitan na jedna mgnienie oka podniósł ciężkie powieki, a z ust jego padło jedno słowo:
— Księdza...
Ojciec Seweryn Leduc od dawna czekał na wezwanie, więc stawił się za chwilę z Sakramentami.
Wszyscy wyszli z izby, a kapłan przystąpił do spowiedzi.
Wzdychając, jęcząc i rzężąc, Pitt długo robił rachunek sumienia.
Wszystko wyznał słudze Bożemu — dzieje swoich lat młodzieńczych, obojętność dla bólu i nędzy ludzkiej, występek lekkomyślny i wstrętny, gorzkie myśli więzienne i te, które kierowały nim na „Witeziu“, żądza zemsty