Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/300

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z trudem udało się kapitanowi i starym kolonistom obronić mówcę i jego stronników przed zemstą tłumu.
Esuperanzo Gradaz, uzbrojony w potężny drąg żelazny, ciskał się w tłumie, parł ku socjalistom i ryczał, jak rozjuszony byk.
— Perros, mas que perros! Śmierć buntownikom!
Pitt zmuszony był kazać związać ręce Hiszpanowi i zakneblować mu usta.
— Towarzysze! — oznajmił w końcu, gdy osadnicy otoczyli agitatorów. — Rada rozpatrzy sprawę tych ludzi niespokojnych, chciwych i szkodliwych. Jeżeli uznamy ich za niebezpiecznych dla naszej sprawy, wydalimy ich z „Krainy Wielkiej odmiany“.
W godzinę później odbyło się posiedzenie rady „Złotej Studni“, a nazajutrz karawana, złożona z kilkunastu nart samojedzkich, otoczonych zbrojnymi kolonistami, już wyruszała ku brzegom rzeki Pyaziny.
Agitatorów skazano na wygnanie do czasu przybycia okrętów, które miały ich odstawić do Europy. Skazańcom zostało wyznaczone miejsce, gdzie mogliby uprawiać rybołówstwo. W ślad za wygnańcami wysłano materjały, potrzebne im na budowę domu i pożywienie na kilka miesięcy.
Pitt Hardful był bardzo smutny i z rozpaczą patrząc na znikającą w oddali karawanę, mówił do stojących wokół przyjaciół:
— Wielki Boże! Z przerażeniem przekonywam się, jak głęboko zapadła do duszy ludzkiej trucizna chciwości... Czy starczy nam sił na zwalczenie jej?!
Westchnął ciężko, a w oczach jego widniały żal i skarga.
— Kapitanie! — szepnęła Elza Tornwalsen. — Na