Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wyraźnie tu na Tajmyrze; w Londynie słuchają przemówień kongresmanów waszyngtońskich — tyle środków komunikacyjnych i porozumiewawczych — a porozumieć się pomiędzy sobą ludzie ani rusz nie chcą! Obłęd, ślepota czy zdrada?
I jakgdyby odpowiadając mu na męczące pytania, megafon radja jął wyrzucać słowo po słowie dobitnie i natarczywie:
— Cywilizacji współczesnej grozi zmierzch i upadek, a to z tego powodu, iż ludzkość zbytnio wierzy w możliwość wszelakiego postępu, nie wyłączając postępu politycznego, tymczasem dążyć należy tylko do doskonałości moralnej i religijnej człowieka, albowiem barbarzyńcy mogą niszczyć i palić Królestwo Boga na ziemi i mogą je ciemiężyć tyrani, tymczasem te skarby prawdziwe nie boją się ani ognia, ani miecza ludzkiego.
Po chwili rozległ się dźwięczny głos „conferenciera“.
— Odczyt na temat „Wybrane myśli Guglielmo Ferrero“, wygłosił profesor Silvio Donatti.
Zima coraz bardziej wchodziła w swoje prawa. Życie kolonji, niczem nie zakłócane, płynęło spokojnie, gdy nagle w lutym niespodziewanie znowu zabrzmiał wielki dzwon przed radą „Złotej Studni“.
Zdumiony i zaniepokojony Pitt Hardful pospieszył na niecierpliwy zew jego.
Plac był już zatłoczony osadnikami.
Na stosie belek stał jeden z kolonistów i przemawiał, przekonywując zebranych, aby domagali się oddania przedsiębiorstwa w ręce pracowników, socjalizacji jego i zniesienia nierównych norm zarobkowych.
— Żądamy, żądamy! — wołało kilkadziesiąt głosów, a reszta zgromadzonych, chociaż w duchu przeciw-