Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/298

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nych temu, jak zwykle tłum, łatwo opanowywany przez energicznych krzykaczy, milczała biernie i obojętnie.
— Wołać tu kapitana Hardfula! — krzyczeli agitatorowie. — Niech stawi się i odpowiada!
— Jestem! — zawołał Pitt, wchodząc na ganek rady. Podniósł rękę i zaczął mówić:
— Jesteście puści, jak wyssana fajka! Jesteście hałaśliwi, jak grzechotki do płoszenia zajęcy! Żądacie tego, co jest wam dane oddawna!
Z płomieniem w oczach Pitt tłumaczył zebranym, że „Złota Studnia“ od samego zarania jej istnienia została zsocjalizowana, gdyż należy do całego społeczeństwa pracujących na Tajmyrze obywateli; odkrywcy sami bez przymusu oddali ją w ręce pracowników, którzy dobrowolnie ustalili normy podziału złota, uwzględniając wartość wysiłków każdej z kategorji pracujących uczestników przedsiębiorstwa.
— A że umysłowy wysiłek wart jest czegoś, niech świadczy o tem krzyż nad „ukośną ortą“. Gdyby działały tam rozum i wiedza, nie bylibyśmy świadkami tej strasznej katastrofy! — zawołał Pitt.
— Prawda! Prawda! — rozległy się głosy z tłumu.
— Potrącacie sobie trzecią część złota, wydobytego naszemi spracowanemi rękami! — wołał agitator z teatralnym gestem, bijąc się w piersi.
Pitt zmrużył oczy i zacisnął szczęki, lecz pohamował wybuch wściekłości. Uśmiechnął się szyderczo i odparł:
— Waszemi rękami wydobyto złota bardzo mało na Tajmyrze, mój panie. Potrącamy trzecią część zdobytego złota, — to prawda! Lecz nieprawdą jest, że bierzemy je sobie! My — założyciele, dostajemy tyle, ile każdy z was — zwykłych pracowników. Takie było po-