Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W tej chwili kapitan posłyszał za sobą szybkie kroki i głos Juljana Miguela:
— Sztormanie! sztormanie!
Pitt zatrzymał się.
— Sztormanie! Grupa jakichś nowoprzybyłych kolonistów wynajęła kilku Samojedów, którzy mają odstawić ich na reniferach do łachy Syma... nie wiem, co to ma znaczyć, ale słyszałem na własne uszy, że ci ludzie nalegali na pośpiech i zastrzegli sobie tajemnicę...
Nie zdążył Miguel skończyć swego doniesienia, gdy nadbiegł zadyszany Rouvier.
— Szukam pana kapitana po całej osadzie! — zawołał i, pochyliwszy się do ucha Pitta, szepnął:
— Kilku naszych ludzi z „Roberty“ wymknęło się z osiedla i wyjechało na reniferach!
— Już miałem o tem wiadomość — kiwnął głową kapitan i po krótkim namyśle rzekł:
— Skoczcie, Rouvier, do szypra Skalnego i powiedzcie mu, aby przygotował dla mnie motorówkę.
Rouvier pobiegł ku brzegowi Tajmyru, Pitt zaś skinął na Miguela i kazał mu wyszukać Bezimiennego i Falkoneta, aby się uzbroili i niezwłocznie stawili na kutrze.
— Popłyniemy razem, Migu! — rzekł kapitan. — Musimy wyprzedzić tych zbytnio przedsiębiorczych i niecierpliwych dżentelmenów...
— No, raz się to skończy nareszcie! — wybuchnął z zaciętością i ponurą radością Miguel i szybko się oddalił.
W godzinę po tej rozmowie od burty „Witezia“ odpływała bez hałasu i turkotu mała motorówka. Chociaż mechanik stał na swojem miejscu, jednak łódź sunęła