Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/271

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„szczęście“ założyciele tej kolonji żądają od was ścisłego przestrzegania w życiu naczelnych zasad swoich.
Kapitan podniósł zdrową rękę wysoko w powietrze i zawołał:
— Zrozumiejcie, że cel nasz jest drogim dla nas i że bronić go będziemy wszystkiemi siłami i środkami, znajdującemi się w naszem rozporządzeniu! Jest to obrona nie tylko celu, lecz najistotniejszej treści naszego życia. Z Bożą pomocą, przyjaciele, bracia, wejdźcie w nowe życie i po powrocie do ojczyzny stańcie się krzewicielami zasad „Krainy Wielkiej Odmiany“!
Po tej przemowie rozpoczęło się rozlokowanie przybyłych kolonistów, a niezmordowany, energiczny inżynier Gérome poszedł do szybu „Złotej Studni“ i zaczął go badać, obmyślając nowy plan robót podziemnych.
Pitt Hardful, podniecony i zamyślony, szedł w stronę brzegu jeziora.
Mimowoli ciągnęło go do „Witezia“, bo był to przecież jedyny i ostatni łącznik z tym światem, gdzie pozostawił Elzę i swoją tak nagle przygasłą i rozwianą nadzieję. Po deskach pokładu stąpała niegdyś Elza Tornwalsen, ręka jej zaciskała koło sztorwałowe, tu wśród tych want i bardun, w małej kabinie forkasztelu i w kajucie kapitańskiej powstał i zakończył się niewidoczny, ograniczony żelazną burtą kutra dramat, w którym on — Pitt Hardful — mimowolnie odegrał ważną rolę. Ze strachem i niemą rozpaczą myślał kapitan o dniu, gdy za zakrętem wysokiego brzegu zniknie dym „Witezia“, odpływającego do Europy. Wiedział, że prawie na cały rok zostanie odcięty od świata i już nie będzie mógł ani otrzymać żadnej wiadomości o Elzie, ani też przesłać jej chociażby słowa pozdrowienia.