Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/273

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z prądem, a Miguel i Falkonet ustawiali maszt i rozwijali na niej skośny żagiel.
Nie było wątpliwości, że kapitan zamierzał płynąć, nie zdradzając swojej obecności turkotem motoru.
Pitt siedział na rufie i rozmawiał z Bezimiennym, opowiadając mu o projektowanym przez wrogów zamachu na Tajmyr.
Bezimienny, kurcząc długie, drapieżne palce, słuchał w milczeniu; tylko groźna twarz jego płonęła chwilami i złowrogo błyszczały oczy. Wreszcie mruknął:
— Przyłapać i kulą w łeb!...
— Nie chcę tego — odpowiedział Pitt, — uczynię to na wypadek zbrojnego napadu, lecz ukarać potrafię!
Bezimienny spojrzał uważnie na kapitana.
— Sztormanie, — szepnął, — jak widzę, możecie mieć ciężką przeprawę z nowymi ludźmi... Jeżeli chcecie, my nie odpłyniemy na „Witeziu“ i pozostaniemy do lata...
— Nie! — potrząsnął głową kapitan. — Spodziewam się, że tych, co tu przybyli po mnie, wychowaliście przecież na pewnych i oddanych nam ludzi? Dam sobie radę! A gdybym się przekonał, że wszyscy osadnicy na nic się dla nas nie przydadzą, odeślę ich w lecie z powrotem, — niech się rozlatują na cztery wiatry, a ja będę szukał innych...
Wschodni wiatr szybko pędził łódź ku morzu.
Ludzie milczeli, pogrążeni w myślach.
Nagle Miguel podniósł głowę i jął nadsłuchiwać.
— Słyszę tupot reniferów, to — oni... — szepnął.
Wysokie, strome brzegi ukrywały jeźdźców, lecz od czasu do czasu szczęk kamieni lub urwany okrzyk dobiegał uszu Pitta.