Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w powietrzu harpuny, tu i ówdzie huknął nawet strzał karabinowy. Polowanie tak pochłonęło dzikich rybaków, że zwykle nadmiernie ciekawi, teraz nie zbliżali się do płynących parowców i odpływali nawet coraz dalej, ścigając cenną zdobycz.
— Dobry znak! — mruknął szyper „Witezia“. — Ostiaki nigdy nie zapuszczają się daleko, gdy nie są pewni pogody lub gdy obawiają się pływających pól lodowych. Dobra nasza, sztormanie! Bóg da, że dopłyniemy bez przeszkody!
Zacierał ręce radośnie i pykał fajkę z rozkoszą.
Na czterdziesty siódmy dzień pływanki „Witeź“, prowadząc za sobą parowce niemieckie, omijał ostrożnie wyspę Fomina i wchodził już do ujścia głębokiej rzeki Tajmyr, gdzie rzucono kotwicę.
Nazajutrz o świcie, statki posuwały się dalej, lawirując za „Witeziem“, prowadzonym pewną ręką Mikołaja Skalnego, stojącego przy sztorwałowem kole.
— Znasz, widzę, dobrze wart tajmyrski! — pochwalił go Pitt Hardful.
— Ba! — odezwał się szyper. — Toż już dwunasty raz żegluję tu, kapitanie!
Wkrótce wyłoniło się z poza zakrętu rzeki olbrzymie jezioro i czerwona skała wyspy Czoa, usianej tłumem ludzi i rozkwieconej barwnemi flagami. Góry stromemi zboczami coraz bardziej zaciskały prąd potężnej rzeki.
Na „Robercie“ panował Miguel. Co chwila wykrzykiwał:
— Ten nagi grzbiet — to góry Byrranga, a tam — z zachodu — to Mgoa-Moa, a wszystko razem przezwaliśmy „Złotą Studnią“!...