Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wiano się pierwszego spotkania z lodowemi polami. Na szczęście jednak upalne lato, panujące w Europie, miało swój wpływ i na ten ponury, niegościnny kraj.
Flotyla minęła pustynne, nizinne brzegi Nowej Ziemi i wysunięte daleko łachy piasczyste, na które z pluskiem wbiegały fale morza Karskiego. Termometr nie wskazywał gwałtownego spadku temperatury, barometr stał niezmiennie na suszy. Wszystko dowodziło, że żeglarze nie napotkają przeszkody w postaci wielkich zbiorowisk pływającego lodu.
Na morzu tu i ówdzie zjawiały się nieduże kawały kry kruchej, z brzękiem i szelestem rozpadającej się na długie igły lodowe. Morze było wolne, gdyż północno-wschodnie wiatry przygnały pola i góry lodowe ku brzegom syberyjskim.
I jeszcze jedna wskazówka, niemal nieomylna, przemawiała za tem, że statki nie spotkają na drodze niebezpiecznych mas lodowych. Świadczyły o tem ogromne stada „beług“ — należących do rodziny wielorybów. Potężne, dochodzące do siedmiu metrów zwierzęta, niemal zupełnie białe, wynurzając się prawie do połowy kadłuba, płynęły na wschód.
Patrząc na stada beług, Mikołaj Skalny mówił do kapitana:
— Przespały norweskie kutry rybackie taką gratkę! Teraz chyba zwęszą zdobycz tylko Ostiaki z Jamału.
Północni rybacy, widocznie, oczekiwali przejścia beług, bo na wysokości ujścia Obi, o której świadczyła szeroka smuga mętnej, żółtej wody, wnoszonej do oceanu przez tę olbrzymią rzekę syberyjską, flotyla spotkała setki kajaków.
Natychmiast rozpoczął się szalony pościg; śmigały