Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Witeź“ ryknął syreną trzykrotnie. Z warkotem pobiegł łańcuch kotwiczny, rozległy się sygnały bosmańskie.
Kilka łodzi odbiło od brzegu, a duża motorówka mknęła ku „Witeziowi“.
Siedzący w łodziach wymachiwali czapkami i wołali:
— Niech żyje „Biały Kapitan!“ Niech żyje „nowy człowiek“! Niech żyją przybywający towarzysze i przyjaciele! Hurra!
Pitt Hardful, stojąc przy burcie, witał radośnie dawnych kolonistów:
— Witajcie, przyjacielu Bezimienny! Jak się macie, stary Puhaczu! Urosłeś, zmężniałeś, mały Jacky Lark! A to kto? Mój Boże, nie poznałem poczciwego Borsuka!... Jakże się cieszę, że widzę was, mój miły Falkonecie! No matter, czerwony Crew, posiwiałeś druhu! A Cep wciąż o Arkolskim moście marzy?! Bywajcie, Szubercie! Jakżeż się cieszę, że znów przybyłem do was! Teraz nic mi do szczęścia nie brakuje, wierzę w zwycięstwo nasze, bracia, przyjaciele!
Ledwie wyrzekł te słowa, a już zapytywał siebie i badał, dlaczego powiedział, że nic mu teraz do szczęścia nie brakuje? A więc brakowało? Brakowało coś i dręczyło go nigdy nieustającą tęsknotą... Westchnął.
— Niech żyje „Biały Kapitan“! — rozległy się potężne okrzyki. To witali go nowi koloniści z „Jenny“, „Augusty“ i „Roberty“.
Zaczęło się lądowanie pasażerów, stęsknionych do twardej ziemi.
A wiwaty wciąż jeszcze grzmiały:
— Niech żyje wolny, śmiały, potężnie dążący do celu człowiek-zwycięzca!